Żona Grafika... Kiedyś zwykła dziewczyna, bez nałogów, bez obowiązków, córunia rodziców...

Dziś to już inna bajka - stałam się żoną grafika - pasjonaty wszystkiego co komputerowe - to już nie przelewki to już całkiem inne życie...


Inwentarz małżeństwa:
⇒ jeden mąż...
⇒ dwa koty...
⇒ jeden komputer...










2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec


NAPISZ CO CHCESZ...




066 >> 2009-12-20

Życzenia Świąteczne...

Szukając ostatnio z Grafikiem życzeń na świąteczne kartki naktchneliśmy się na bardzo nie spotykany wierszyk, który idealnie obrazuje nasze odmienne poczucie humoru, ponieważ bardzo przypadł nam do gusty, a tym samym za jego pośrednictem życzę wszystkim białych i smacznych świąt...

Błyszcząca choinka.
Zasiadła rodzinka.
Gotuje się szynka.
Nie mamy pingwinka!!!

Upadła choinka.
Spaliła się szynka.
Zatruta rodzinka.
Wciąż nie ma pingwinka!!!


Wesołych Świąt...




skomentuj (11)




065 >> 2009-11-20

Przerwa...

Wszystkich wyczekujących na kolejne notki zawiadamiam, iż z przyczyn biurowo-życiowych pisanie chwilowo zostaje zawieszone. Wiecie koniec roku w firmie, święta, praca magisterska, już jakieś egzaminy na uczelni, projekty - Nie Ograniam...
Poza tym Grafik ostatnio wpadł w monotonie życia i nie ubarwia mi go... Obiecuję powrócić :)



skomentuj (11)




064 >> 2009-11-08

O poranku…

Wczesny niedzielny poranek. Chciałoby się spać do granic możliwości ale musiałam jechać na uczelnie, więc granice miałam max do 10tej. Najpierw jak w każdy wolny dzień atrakcji porannych dostarczyły nam (a przynajmniej mi – bo Grafik ma mocno twardy sen) koty. Tradycyjne udeptywanie, miauczenie, skakanie po nas – pełen pakiet rozrywek. Kiedy już zapadły w kolejną porcję snu do moich uszu zaczęły docierać niepokojące dźwięki wydobywające się z ciała Grafika – potocznie zwane chrapaniem. Najpierw cierpliwie starałam się zagłuszyć je własnymi myślami, bez skutecznie. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam go subtelnie szturchać (można nazwać to jednakże próbą zrzucenia z łóżka), po chwili moich namiętnych ataków na jego osobę wstał i wymamrotał: „dobrze z ciszę” i wyszedł, kierując się ku salonowi. Sądziłam, że dla własnego spokoju wynosi się na kanapę by dalej oddać się chrapiącemu snu. Jak wielkie było moje zdziwienie kiedy wrócił po chwili, położył się jak gdyby nigdy nic i powiedział: „wyrwałaś mnie ze snu, wstałem, powiedziałem: dobrze napiszę i poszedłem, dopiero w salonie zrozumiałem, że nie wiem co miałem napisać…”  




skomentuj (10)




063 >> 2009-11-03

Się powodzi…

To nie takie łatwe pisać i być ze wszystkim na bieżąco kiedy doba ma tylko 24 godziny. Poza tym Grafik się ostatnio rozleniwił i nie ofiarowywał mi inspiracji do notek. Do czasu…

Słowami małego wstępu i wtajemniczenia muszę was poinformować, iż Grafik posiada Szwagra, którego bardzo lubimy i z którym zawsze dobrze się bawimy. Szwagier wraz z siostrą Grafika mieszkali bardzo długo w pewnym domu na totalnym odludziu, do którego prowadziła tylko polna droga między polami i lasami. W zimę i na wiosnę dojazd do nich był strasznie utrudniony, Czasami wręcz nie możliwy do zrealizowania. Szwagier zawsze w chwilach kryzysów małżeńskich (po awanturze z żoną) brał taczkę i szedł naprawiać drogę w celu odreagowania stresów. Przyznam że droga z roku na rok była coraz lepsza. Ale powróćmy do czasów obecnych…

Był to piątek 30-tego. Wyruszyłam o 2:00 w nocy w podróż do naszej jakże paskudnej stolicy. Monotonna droga, zakorkowane ulice, (nie)ciekawe szkolenie, powrót. W domu byłam jakoś po 20tej. Jedyne o czym marzyłam to sen. Jednak jak to zwykle w takich sytuacjach bywa o śnie mogłam pomarzyć…

Okazała się bowiem, że w miedzy czasie układania się do snu nasz sąsiad z dołu (nazwijmy go Pan ‰ – bo nigdy nie widziałam go trzeźwego) przyszedł nam zakomunikować że woda leje mu się po ścianach. I zaczęła się zabawa. Grafik przejrzał całe mieszkanie w celu zlokalizowania przecieku jednak niczego nie dostrzegł. Minęła godzina, dwie a u sąsiada ciągle się lało. W końcu Grafik odkrył źródło kłopotu. Okazało się że przecieka nam rura pod wanną, ale nie było to łatwe do zlokalizowania ponieważ wannę mamy obudowaną kafelkami…

Kilka tygodni wcześniej widziałam Grafika siedzącego w wannie z dziwnymi narzędziami, który coś tam z pełnym zaangażowaniem grzebał. Od razu skojarzyłam, że ta nasza awaria to jego dzieło. On z resztą też był tego świadomy. Dlatego potulnie wysprzątał całą łazienkę nie bacząc na późną godzinę…

Kiedy już wrócił wykończony do łóżka stwierdził: „To twoja wina… Pokłóciliśmy się, zdenerwowałaś mnie i musiałam jakoś odreagować, a nie mogłem przecież iść naprawiać drogi…” Całe szczęście, że Pan ‰ wziął to również na wesoło i obyło się bez większych awantur…

Zmieniając temat komunikat z ostatniej chwili w poniedziałek Grafik odebrał prawo jazdy i nawet pokonał trasę 100km w celu przetransportowania nas do domu. Jeszcze ciężko mi się zrelaksować podczas jazdy. Ale wytrwałością i ciągłym polepszaniem się jego umiejętności na pewno wkrótce uda mi się rozluźnić podczas jazdy :)




skomentuj (13)




062 >> 2009-10-19

Opieka…

Troszkę mi się ostatnio chorowało. Niby zwykłe przeziębienie (mała grypa) a wyssała całą energię. Siedzenie w pracy było koszmarem. W domu dni uciekały przez palce. Ciągle tylko zimno, senno, zimno. Na szczęście mieszkam z Grafikiem moim osobistym lekarzem… A o to mały wycinek opieki medycznej stosowanej przez Grafika (dialog toczy się na GG):

Ja: z minuty na minutę czuje się coraz gorzej
Grafik:
 po pracy od razu do łóżka, kupię CI jakąś gazetkę, żeby CI się nie nudziło, albo położysz się z lapsem, ale ważne że pod kołdrą. Gorąca herbata z miodem.
Grafik:
zagniotę Ci też pajęczynę z chlebem
Ja:
kochany jesteś
Grafik:
upuszczę krwi
Grafik:
i dam pijawki
Ja:
już czuję się lepiej…

Naprawdę już mi lepiej – nie ma to jak medycyna domowa :)




skomentuj (15)




061 >> 2009-10-10

Przekręty i walki…

Sobota, godzina 7:15 a ja jestem już wyspana, pewnie dlatego że odpłynęłam wczoraj już jakoś w okolicach godziny 19nastej. Wszystko za sprawą przeziębienia jakie mnie chwyciło i właśnie mnie męczy oraz podpowiada „tak kaszl dziecino kaszl i psikaj…”.

Walka… Często zdarza mi się bić z własnymi myślami, nie wiem czy to powszechne i uznane za normalne zjawisko, ale postanowiłam mimo wszystko podzielić się nim z wami. Czasami Grafik potrafi mi naprawdę solidnie zajść za przysłowiową skórę, a ja w takich momentach siedzę zawsze nabuzowana wściekłymi myślami i emocjami ale myślę sobie: „ok, niech mu będzie jakoś to przeboleję i nie będę z nim dyskutować bo to nie ma sensu…”, oczywiście że to beznadziejne rozwiązanie – biję się z myślami, wściekam wewnętrznie a w końcu i tak wybucham. Kiedy tak siedzę rozłoszczona Grafik już wie doskonale co się święci, często wtedy pyta: „co ci jest?...” odpowiadam agresywnie: „nic mi nie jest…” i wtedy Grafik „ściąga” zawleczkę z bomby emocji jaką już sobie we wnętrz zmajstrowałam słowami „Żono, tatusia oszukasz, mamusie oszukasz, ale męża nie oszukasz – przecież widzę że coś ci jest, ja Cię dobrze znam…”. Tak, takie słowa działają na mnie jak płachta na byka – awantura gotowa. Pewnie była by mniejsza gdyby nie moje walki wewnętrzne.

Inny przykład walk wewnętrznych. Nie jesteśmy blisko siebie, mam przysłowiowego „focha” i postanawiam że nic nie napiszę pierwsza bo nie zasłużył. Walczę: „nie, nie napiszę… nie, absolutnie nie napiszę… nich czeka… nie doczekanie jego… oczywiście że nie napiszę do niego… nie, nie, nie… nawet nie patrz na ten telefon… nie napisze… napisze… nie, nie, nie… tak… nie napisze… napisze… ale nie zadzwonię… napisałam… oczywiście że nie zadzwonię, bo niby po co skoro już napisałam… Jestem beznadziejna…”.

Przekręt… Inną odmianą myśli są przekręty. Pojawiają się najczęściej w momentach, kiedy nie mam czasu na zbyteczne długie przemyślenia sprawy, przeanalizowania wszystkich wariantów sensownej odpowiedzi i po prostu mówię to co mi ślina przyniesie na język. Wzorcowym przykładem tego zjawiska jest tutaj Violetta Kubasińska: „Nieszczęścia chodzą stadami, Obiecanki sasanki a dla głupiego... stówa, Biednemu to zawsze wiatr w plecy, Zostawiłam żelazko na gazie, Trzymać oko na pulsie. Serce nie służba itd…” Nigdy, ale to przenigdy nie należy wyszukiwania się sensu takich wypowiedzi.

Kiedyś na studiach dziennych, po zakończonych mocno „wysiłkowych” zajęciach z wychowania fizycznego (czy jak to tam się zwało), podeszłam do automatu, wrzuciłam 2zł i wylosowałam napój, który nie oszukujmy się wcale nie miał za zadanie pobudzenia mnie do dalszych działań tylko dostarczyć lawinę kalorii i ochłody dla mojego organizmu. Muszę tu jeszcze na marginesie dodać, że od dawna wiadomo jest że Żona Grafika posiada uraz do puszek a konkretnie do ich otwierania a nie do samej ich zawartości. Sprawił to fakt, iż pewnego słonecznego razu, oddalona od świata pełnego różnych użytecznych akcesoriów postanowiła ugasić pragnienie razem ze swoją BF. Tak umiejętnie zabrała się za otwieranie puszki, że już po chwili miała z tego puzzle składające się z nadal zamkniętej puszki oraz klipsa (zawleczki) trzymanego w drugiej ręce. Od tego czasu stara się zawsze polegać na pomocy innych w sprawach puszkowych. Wracając do tematu stałam bezradnie na korytarzu z puszką w dłoni, z Saharą w ustach i zastanawiałam się „co dalej?” Nagle z nikąd pojawił się kolega z roku (mój wybawca). Uśmiechnęłam się więc najładniej jak umiałam (tak jak to robią kobiety w potrzebie) i poprosiłam o pomoc wręczając mu puszkę. Odpowiedział: „pomogę, ale musisz mnie poczęstować łyczkiem…” I wtedy to się stało, do dziś naukowcy nie są w stanie odnaleźć sensu mojej odpowiedzi: „jasne, tylko wszystkiego mi nie zostaw…” Wierzcie mi nie długo ta wypowiedz była owiana tajemnicą. Do dziś wielu ją analizuje, ponoć mają powstać o tym nawet książki. Uczeni doszukali się w tym nawet takiego synonimu do wielkich rozważań na temat „czy szklanka jest do połowy pusta czy pełna…”.

A teraz pozostawiam was samych z własnymi myślami, bo właśnie pewien burek ułożył mi się na szyi (a lata zgrabności ma już za sobą) i mam teraz utrudnienia w wizji ekranu.

Oby was spotykały tylko przyjemne walki i same pozytywne przekręty…




skomentuj (14)




060 >> 2009-10-06

Pięknym być…

Idę przez centrum handlowe, zdecydowanym i pewnym krokiem, w pasie jakby kilka cm mniej, piersi jakby bardziej jędrne i ewidentnie ze mną współpracujące. Spoglądam w swoje odbicie w jednej z witryn sklepowych. Tak to jest mój dzień. Cera wypielęgnowana, świeża, muskana drogimi kosmetykami. Oczy perfekcyjnie podkreślone, wydają się dziś olbrzymie, do tego te rzęsy. Nienaganny markowy strój wprost z okładki Vouge’a, z dodatkiem butów od Manolo Blanik i ta perfekcyjnie dopasowana torebka. Ahhh mogłabym się zakochać w swoim odbyciu. Ruszam dalej, włosy falują mi od narzuconego tempa. Zauważam pożądanie w męskich spojrzeniach i zazdrość w kobiecych. Czuję się jeszcze piękniejsza…

Nagle zaczynam czuć przeszywający ból w lewej piersi. Jakby ktoś mi wbijał szpileczki w moją delikatną skórę. Spoglądam w dół… Otwieram oczy…

Uciekaj parszywy kocie i pozwól mi dalej cieszyć się moim pięknym snem…




skomentuj (13)




059 >> 2009-09-28

„Czwóreczka”…

Wybaczcie moją ostatnio kilku dniową ciszę, ale walczyłam ambitnie na uczelni z poprawkami i tak mnie to pochłonęło, że już na nic więcej nie miałam czasu. Ale już jestem i stopniowo postaram się nadrabiać braki chociaż będzie to utrudnione faktem, iż od środy mam zaplanowany urlop wypoczynkowy w pięknym ośrodku zwanym służbą zdrowia…

Uczelnia obdarowała mnie ostatnio naprawdę mocnymi wrażeniami. O dręczących snach to już nawet nie będę pisać (dopiero teraz zaczynam sobie przypominać co znaczy spokojny sen). Wiem, wiem można powiedzieć na własne życzenie tak cię obdarzyła więc nie powinnam marudzić i narzekać. Ostatnio pisany egzamin z prawa gospodarczego  załamał mnie totalnie i wychodząc z niego wiedziałam, że już po mnie i banie dostanę jak nic, a dokładniej ujmując dwóje bo bań u nas nie chcą dać ;) Gdybyście mogli zobaczyć moją reakcję kiedy otwierając plik z wynikami i ujrzałam przy swoim nazwisku „4” hahaha – prawdziwe szaleństwo spowodowało że ten weekend był naprawdę wspaniały i nic nie mogło go zakłócić. Do teraz słówko „cztery” sprawia że mam tzw. banana na buzi :)  

A na koniec coś co tygryski lubią najbardziej czyli „grafikowy komplement”. Wybraliśmy się w weekend do rodzinki na kawę. Wiadomo, że na takich spotkaniach trzeba się dobrze prezentować – co najmniej jak na „cztery”. Więc cały poranek spędziłam na dopieszczaniu detali swojego wyglądu. Dla odmiany zaryzykowałam z nowym upięciem włosów i zrobiłam sobie taką (nawet fajnie wyglądającą) jedną kiteczkę z boku. Kiedy w ciągu dnia zostałam na chwilę z Grafikiem sam na sam stwierdził: „ale masz fajną kitkę… kiedyś jak miałaś więcej włosów to nosiłaś takie fajne dwie…” Taaaak takimi komplementami można rozkochać w sobie kobietę ;)

PS. Dziękuję Grafiku za te cztery kasztany…




skomentuj (17)




058 >> 2009-09-17

System operacyjny...

Wybaczcie, ale ilekroć bym tego nie czytała nie potrafię się nie uśmiać do łez... Kto ma męża ten wie ile w tym prawdy :)


SYSTEM MĄŻ



skomentuj (24)




057 >> 2009-09-14

Przyjaciel…

Być może to sprawka ponurych ostatnio dni… Być może to sprawka stresujących ostatnio dni... Być może to sprawka jesiennych ostatnio dni… Nic mnie nie cieszy, nic mnie nie bawi…

Powód numer jeden: walka o tytuł mgr, póki co 1:0 dla uczelni. Czuję że przegram, chodź nie chce przegrać. Nie chcę zawieść a czuję że zawodzę...

Powód numer dwa: przyjaciel… I przy tym problemie zatrzymam się na chwilę. Bywam wredotką o dość specyficznym charakterze i bardzo dziwnych głupawkach stąd by ze mną wytrzymać trzeba naprawdę być dziwolągiem. Zapewne dlatego w moim życiu było tak mało oddanych przyjaciół, ciężko ze mną wytrzymać – zdaję sobie z tego sprawę. Analizując życie muszę stwierdzić że miałam tylko jedną wierną przyjaciółkę i nadal ją mam chodź ciężko jest się przyjaźnić gdy ktoś mieszka w Londynie. Ciężko się zwierzać w momentach kryzysu. Ciężko być na bieżąco w newsach z życia. Ciężko wspierać i być wspieranym. Staramy się ale czuję że odległość i upływający czas zwycięża i działa na niekorzyść naszej przyjaźni.

Oglądałam wczoraj film, niby żaden rewelacyjny ale dał mi do myślenia, pomimo faktu iż miał być lajtową komedią w ramach niedzielnego relaksu. „Ślubne wojny” (Bride Wars) to film z tematyki mam fajne życie i super przyjaciółkę, i właśnie to dało mi domyślenia, a raczej uzmysłowiło jak strasznie samotnie jest żyć w obcym mieście bez przyjaciół – nie chodzi mi o znajomych tylko o prawdziwego przyjaciela który jednym spojrzeniem umie rozszyfrować czego Ci brakuje. Wiem że na wieloletnią przyjaźń od kołyski już za późno, ale czy można zbudować jeszcze jakiś przyjacielski związek (który przetrwa dłuuugie lata) gdy ma się 25 lat. A jeśli tak to gdzie go szukać? Jak go znaleźć? Przecież sama nie zapuka do drzwi i nie powie „cześć chcę być twoją przyjaciółką – na zawsze…”

Wiem, że życie dało mi naprawdę wiele i nie powinnam narzekać tylko doceniać to co posiadam. Ale brak u boku prawdziwej przyjaciółki/przyjaciela sprawia że ciągle czegoś mi brakuje. Zazdroszczę tego mojemu Grafikowi, jego przyjaciel (od czasów szkolnych) przeprowadził się do Poznania i zamieszkał blisko nas…

A może powinnam urządzić casting na moją/mojego BF (niczym Paris Hilton)… ;)




skomentuj (20)




056 >> 2009-09-07

Ocena…

To chyba zupełnie normalne kiedy oglądając programy w tv wyraża się swój zachwyt do pewnych postaci. Niektórzy mogą zaprzeczać, inni się ze mną zgodzą, ale każdemu zdarzyło się wzdychać do jakiegoś kolesia (czy też laseczki) ze szklanego ekranu…

Często z Grafikiem prowadzę dyskusję na temat omawiania wyglądu ludzi, których właśnie oglądamy w telepudle. Oczywiście jak przystało na prawdziwą kobietę zawsze krytykuję wygląd dziewczyn (bo przecież nie mogę się przyznać że jakaś jest ładna – nooo poza jedynym wyjątkiem ale to tajemnica), natomiast Grafik z racji swojej orientacji raczej nie wpada w zachwyt na widok płci męskiej. I właśnie wczoraj było podobnie…

Oglądaliśmy właśnie CSI NY – oczywiście z racji tego że to mój ulubiony serial głównie z powodu jednego aktora (odtwórcy roli: Danny Messer), niestety w najnowszym sezonie mój przystojniaczek zapylił jedną lafiryndę (która teraz wygląda jak tłusty kaszalot) i udają szczęśliwą i zakochaną parę – na co patrzeć nie mogę, bo to przecież mój Danny ;) Grafik oczywiście próbował wmówić mi że to wieśniak i że ten „kaszalot” jest bardzo ładny, ale jakoś ciężko było mu mnie do tego przekonać. Po chwili oglądania i słuchania moich lamentów usłyszałam: „On to jest taka dziewiątka… A Ty to jesteś taka mocna… <spojrzałam zaciekawiona na ile mnie wyceni> mocna… <nie odrywałam od niego wzroku> mocna poza skalą…” Uznałam że to komplement… ;)



Ps. on mnie ciągle straszy przy każdej mojej gafie że obsmaruje mnie na swoim blogu - więc proszę nie czytać jego notek ;)




skomentuj (15)




055 >> 2009-09-04

Zepsute uszy…

Po zakończeniu akcji „sprzątanie mieszkania po remoncie” ułożyliśmy się wygodnie na kanapie w salonie w celu podziwiania dokonanego dzieła. Nowa kuchnia jest tak super, że teraz chyba będziemy się bić o to kto ma mieć dyżur. Póki co ja w niej szaleję. Relaksując się tak i podziwiając każdy element mieszkania jaki był w zasięgu naszego wzroku usłyszałam: (tak mi się przynajmniej wydawało)

Grafika: Zrobisz mi loda?
Ja:
Słucham?
Grafika:
Czy wyschła już podłoga?




skomentuj (10)




054 >> 2009-09-02

Doceniać chwile!!! - to rozkaz...

Zastanawialiście się kiedyś jak w jednej chwili wszystko może się w naszym życiu zmienić, i tak naprawdę jaki jest nasz wkład w te chwile…

Byłam dziś świadkiem wypadku, motocyklista spotkał się na drodze z pieszym. Widziałam jak kobietę odrzuciło w górę, a sam motocyklista ślizgał się po ziemi jeszcze kilka metrów. Widziałam jak po chwili kobieta próbowała się sama podnieść ale znowu upadła. Widziałam jak motocyklista i inni kierowcy podbiegli by jej pomóc. Widziałam jak jakiś pan dzwonił, myślę że wzywał pomoc. A ja? A ja siedziałam w swoim aucie wmurowana w fotel, czując jak w moim ciele zamiast mięśni i kości pojawia się galareta (hmm albo to obudził się mój tłuszczyk). Siedziałam tam spanikowana bez żadnej pomocnej reakcji…

Jadąc później do pracy zastanawiałam się jak ten ułamek sekundy zmienił ich i moje życie. Kobieta wyszła po bułki a po chwili leży na drodze i cierpi. Motocyklista pewnie spieszył się do pracy a teraz do końca życia będzie widział tą kobietę przed swoim kołem. A ja? A do mnie chyba dotarło jak kruche jest nasze życie. Dziś jesteś szczęśliwy, cieszysz się z zakończenia remontu, a jutro cię nie ma…

Ale czy mamy na te sekundy jakiś wpływ? Gdybym wyszła minutę wcześniej pewnie teraz pisałabym zupełnie o czymś innym. A tak siedzę w pracy z kawą mając pod oczami ciągle to zdarzenie i uczucie totalnej bezradności. A gdybym dla odmiany pojechała dziś inną drogą?

 




skomentuj (6)




053 >> 2009-08-27

Rodzicielka…

Muszę to napisać. Remont kuchni trwa, bałagan jest już wszędzie, łącznie z cementem na kocich łapkach. Chodzę wcześnie spać by ten domowy meksyk jak najszybciej mi minął…

Ostatnio dość często odwiedza nas Turkish (the best przyjaciel Grafika ;) ). Być może spowodowane to jest faktem nowego nabytku Grafika albo po prostu tym że przez remont jakiekolwiek prace są zablokowane i nic poza graniem nie pozostaje. I siedzimy tak ostatnio na kanapie, chłopacy pogrążenie w tekkenie, ja siedząca obok i rozmyślająca o wszystkim byle tylko nie musieć skupiać się na tej grze. Nagle pada pytanie od gościa „czy mamy coś do picia?”. Grafik spojrzał na mnie i powiedział: „Mamo podasz…?”. Tak tak przez dłuższą chwilę nie mogłam złapać tchu ze śmiechu…




skomentuj (10)




052 >> 2009-08-24

Piknik…

Ciężkie dni przed nami, w weekend wystartowaliśmy z remontem kuchni. Mój Grafik dzielnie się trzyma, a w wnoszeniu ciężkich płytek do mieszkania nie ma sobie równych. Oczywiście życie bez kuchni jest trudne, w dodatku gdzie nie spojrzę w mieszkaniu walają się jakieś śmieci i akcesoria kuchenne. Wytrwam w tym bo wiem że nowa piękna kuchnia jest warta poświęcenia…

Z racji tego remontu gotowaniu ograniczyliśmy do minimum, a raczej do poziomu zero, nie licząc wody gotowanej na kawę czy też herbatę. Wczoraj po pysznym śniadaniu przygotowanym przez Grafika mieliśmy dzień pełen gnicia. Ja sobie pykałam w Simsy 3 a Grafik szalał na swojej nowej zabawce playstation 3. Kiedy nadszedł czas obiadowy zmuszeni byliśmy ubrać się i wybrać na przejażdżkę w celu zdobycia obiadu…

Wybór kuchni padł na chińską knajpkę, ze względu na fakt iż jedzenie mają polecane i smaczne to w samej knajpce klimat średni, dlatego postanowiliśmy wziąć obiad na wynos i wrócić do domu na naszą kanapę… W czasie czekania na zamówienie wpadłam na pomysł by wybrać się z naszym obiadem nad pobliskie jeziorko i zjeść na łonie natury. Grafikowi spodobał się ten pomysł. Niestety jadąc nad jezioro zrozumieliśmy że przecież jest okres wakacyjny i plaża jest pełna. Nie myliliśmy się  już auta stojące na poboczu nie wróżyły nic dobrego. Dlatego postanowiliśmy jechać dalej w celu znalezienia jakiejś leśnej dróżki i zjedzenia obiadu w aucie.

Jednak mój Grafik to ma dobre oko i wypatrzył dla nas polankę z ławeczką w dodatku blisko drogi ale odgrodzoną od polany gęstymi krzakami i drzewami. Nie pytajcie jak ją znalazł, najważniejsze że obiad smakował super jedzony na łonie natury w ciszy i w subtelnie świecącym słońcu… Zabrakło mi tylko spontanicznego seksu, ale musieliśmy przecież wracać, bo w domu czekała stęskniona już konsola ;)




skomentuj (10)